Nazywam się Joachim Guzik. Sześćdziesiąt dziewięć lat już chodzę po świecie i zbieram guziki. Teraz wrzucam je do szklanego słoja, takiego na pojedynczą rybkę. Wcześniej guziki wrzucałem do szuflad. Nie wiem, które są najstarsze, ciągle je mieszam. Wkładam rękę, mieszam i wyciągam jeden. Próbuję sobie przypomnieć gdzie i kiedy, z jakiego bruku guzik podniosłem, czy ulica była ciemna, jesienna, skąd wracałem. Człowiek potrzebuje mieć solidny motyw w garści, że nie śnił, lecz żył. Ja żyłem, zbierałem guziki, mam dowód, mogę pokazać. Wie pani, nie mogłem już patrzeć na tę pojedynczą rybkę, ona całowała kamienie.

sobota, 22 października 2011

Włosy i paznokcie

Jedziemy z Michałem do Plazy tramwajem o piętnastej, czyli ścisk na maksa. Michał opowiada o swoim bracie weterynarzu, który ma takie hobby, że od lat wszystkie obcinane paznokcie wrzuca do szklanki. (Oczywiście Michał opowiada tembrem głosu dostosowanym do gabarytu tramwaju). Szklanka już w dwóch trzecich wypełniona, tłumaczy mnie i współcisnącym się pasażerom. Paznokcie obcinane i włosy powinno się spalić, bo jak się tego nie zrobi, to po śmierci dusza ma przerypane,  musi tułać się po świecie i zbierać paznokcie oraz włosy. Przerąbane zajęcie. Dlatego brat Michała już myśli o losach swej duszy po śmierci i od lat obcinane paznokcie wrzuca do szklanki. Podjąłem temat (ustawiwszy odpowiednio głos na masce) i zapytałem, czy brat od czasu do czasu przesypuje paznokcie do jakiegoś pudełka, gdy na przykład szklanka potrzebna, bo goście przyszli? Michał odpowiada tak, by wątku naszej rozmowy nie stracił ani motorniczy, ani młody pryszczaty, co na końcu tramwaju jedzie bez biletu. W nocnych autobusach Michał jest tym, który podaje ton do chóralnych śpiewów.

środa, 12 października 2011

Wybory 2011

Kakao z pianką w Republice Róż, obiad w Tylko U Nas, jakby tego jeszcze było mało, tak na przekąskę wszedłem do Piccolo na fungi, na Wrocławskiej. Przy moim stoliku usiadł młody, już wszyscy są młodsi niż ja, przynajmniej w takich miejscach, do których chodzę. Nie powiedział dzień dobry, ani czy może, czy wolne, tylko usiadł. Przeżegnał się, tak przeżegnał się i zaczął pałaszować podwójną porcję po bolońsku. Młody, to znaczy młodszy niż ja, z pełną brodą i inteligenckimi okularami, ubrany w seledynowy polar i sztruksy, jakby był doktorantem, pewnie jest. Brud za paznokciami, nie z pracy, tylko z nie mycia. Automatycznie odwróciłem wzrok w stronę okna. Napis Piccolo. Pomyślało mi się, catholico piccolo, że taki dam tytuł. Jak dokończyć jedzenie przy jednym stoliku z kimś, kto  żałobę nosi za paznokciami. Przypomniał mi się  Jacek Rujna, który ongiś opowiadał, jak znalazł się na Sylwestra, zabawie sylwestrowej w towarzystwie elektoratu Stanisława Tymińskiego, zepsuta noc. Teraz ja mam zepsute spaghetti z innym elektoratem, pomyślałem. Człowiek, już po studiach zapewne, przy moim stoliku żarł, po prostu szybko oburącz żarł podwójną porcję. Zanim drugi raz popatrzyłem w okno, już skończył i ręką z brudnymi paznokciami uczynił na czole, ramionach i piersi znak krzyża, szurnął krzesłem i poszedł. Dziękuję, do widzenia nie nauczony powiedzieć. Taki piccolo, catholico piccolo. Później poszedłem  na gorącą bułeczkę z czekoladą i kawę na wynos na Gwarnej. Zabrałem słodkości do parku przed Operą. Ile ja jem, pomyślałem na ławce. Potem wdychałem i wydychałem powietrze.

czwartek, 29 września 2011

Opowieść Guzika

Nazywam się Joachim Guzik. Sześćdziesiąt dziewięć lat już chodzę po świecie i zbieram guziki. Teraz wrzucam je do szklanego słoja, takiego na pojedyńczą rybkę. Wcześniej guziki wrzucałem do szuflad. Nie wiem, które są najstarsze, ciągle je mieszam. Wkładam rękę, mieszam i wyciągam jeden. Próbuję sobie przypomnieć gdzie i kiedy, z jakiego bruku guzik podniosłem, czy ulica była ciemna, jesienna, skąd wracałem. Człowiek potrzebuje mieć solidny motyw w garści, że nie śnił lecz żył. Ja żyłem, zbierałem guziki, mam dowód, mogę pokazać. Wie pani, nie mogłem już patrzeć na tę pojedyńczą rybkę, ona całowała kamienie.

czwartek, 22 września 2011

Chcesz zrobić bańkę?

Jesień narasta, człowiek ani się nie obejrzy jak staje się niewolnikiem własnej wygody. Przecywilizowany Zachód. Obiady jadam przed dwunastą w Tylko U Nas u pani Rosity (Wrocławska). Dwunastą słyszę już przy małym tyskim w Tropikana na rynku w późnym ogródku, bo ciepła co dzień więcej, ubrań coraz mniej. Jasnokościsty, to słowo mnie cieszy ostatnio, jak również pół zdania: kobiety iskały się nawzajem z codziennych utrapień. Cóż poza słowami cieszy? Przemierzam Półwiejską, wciąż niedoszacowana, cieszy wielka bańka mydlana jak bulwa, jak hipopotam. To z  troków na kijkach bambusa się puszcza. Jasnokościsty blondyn z uśmiechem niezwiązanym macza kijki i tasiemki w miseczce z płynem i puszcza bańki giganty. Karteczka na bruku flamastrem indaguje: Zbieram  na podróż do Indii i Australii. Chcesz zrobić bańkę?  Wabi dzieci i dziewczyny. Chcesz zrobić bańkę?mówi do mnie. No pewnie, że chcę.

piątek, 16 września 2011

Mamut

Jest jeszcze Pan Bóg na niebie i ziemi, który nie jest mięczakiem i nie załamuje się lecz działa, szuka sposobów, jak mówić, by gamonie słuchały. Dinozaury Panu Bogu się nie podobały, więc postanowił, żeby wymarły, ale z człowiekiem nie poddaje się, wierzy w ludzkość. Pan Bóg nie załamuje się, że proroków, którym księgi dokładnie literka po literce podyktował ludzie nie czytają, nie załamuje się, że Syna którego posłał opluli i zabili itp. Pan Bóg nakręcił film. Znalazł proroka niejakiego Lukasa Moodyssona i zrobili film, który trzeba dołączyć do Biblii Tysiąclecia, bo film równy jest proroczym księgom. Mamut to, opowieść biblijna komletna, od stworzenia świata, od wielkiego wybuchu, gwiazd i kości mamuta. Symbole, które zastanawiają, do odczytania dopiero chyba przy setnym obejrzeniu w warunkach domwych, nie w kinie. Tandetnie przylepionego Jezusa z Rio de Janerio  z rozciągniętymi ramionami na szafce w szatni, tani chwyt jak u Kubrika, zobaczy większość przy pierwszej projekcji, ale Bóg jest obecny w każdym słowie tego filmu, a że akurat w scenie, której nie wyjawię, by ogladania filmu nie psuć, Jezus na szafce w szatni, to dla tych zwykłych głupków. Wieloryby śpiewaja do siebie na sto kilometrów. I człowiek posłuchał, wsiadł do pierwszego samolot i wrócił do domu. Zakładm nową religię. Religia będzie się nazywała Wyznawcy Filmu Mamut.
Film do wypożyczenia na placu Wolności w Bibliotece Raczyńskich, jak go tam zaniosę i oddam.

niedziela, 12 czerwca 2011

Herszt

Rower, który mam jest zbyt wolny, wkurza mnie. Powolny jak mercedes. Koła dwadzieścia osiem cali, czyli w mieście wolny, jak dla mnie. Gdy wsiadam na rower staję się wariatem. Nie umiem wolno jeździć, nie wiem dlaczego. Od lat przemierzam pewną ulicę, nie mogę powiedzieć jak się ulica nazywa, ani dlaczego jestem tam tak często. Dwa, trzy razy dziennie, przez pół roku przechodzę tamtędy, a przez drugie pół roku pędzę tamtędy rowerem. Jak dziki. Ulica nie jest długa, pilnuje jej Herszt. Wielki łysy facet. Zawsze tam stoi. Ma pod sobą rzezimieszków, może nie z całej dzielnicy, ale z pewnością od jednej przecznicy do drugiej, ulica jest jego. Wygląda jak wielkie jajco. Na czubku łysy, w pasie spora średnica, owal kończy się biało-złoto-niebieskimi adidasami. Wygląda groźnie, garnituru zębów rozszarpany. Część zębów z pewnością zostawił w krtaniach lub aortach klientów, którzy zachowali się bez honoru. Złoty łańcuch na szyi nosi godnie, jak paliusz, ale ruchów nie ma papieskich. Wymachuje rękami, mało lotnym, których ma pod kuratelom, pokazuje coś, czego gamonie nie widzą. Cały dzień stoi na ulicy, nie lekkie zajęcie. Kontroluje wszystko. Autorytetem kurw podpiera argumentację, jeśli za argument nie wystarczą bynajmniej nie pedalskie tatuaże. Takich tatuaży, jakie ma Herszt na twarzy, dziś już nikt nie potrafi wykuć. Ktoś, kto mało wie, powie, że Herszt jest stary. Ale Herszt na ulicy nie garbi się, jak pinduś w tańcu, obcy nie spojrzy mu w twarz. Herszt rozgrzewa ramiona. Ramiona są pewne cały dzień. Herszt zawsze stoi na krawędzi chodnika i ulicy, to co najmniej dwuwładza. W oku ma okna kamienic i parapety. Wie, co się dzieje na dachach. W każdej bramie chwieje się nygus. Nie pisałem jeszcze, że ulica jest jednokierunkowa, nie ma odwrotu. Kiedyś pędziłem sto dwadzieścia moim rowerem-mercedesem, więcej nie wyciąga, taki model. Herszt stał tyłem do ulicy i pouczał gamoni, tłumaczył tępakom wymachując rękami. Nie zauważył, zrobił z krawężnika krok w tył prosto pod moje koło. Walnąłem go kierownicą w nerkę. Od tego czasu staliśmy się kumplami. Jasne, że żartuję. W ostatniej chwil odskoczył. Teraz, gdy przejżdżam krzyczy do mnie: dawaj! dawaj! dawaj!goł!goł! A gdy przechodzę, wyciąga do mnie łapę.

czwartek, 9 czerwca 2011

Świat dawców


Świat zadziwia przed szóstą rano. Wchodzę o 5.59 na strony gumtree poznan, a tam dwie godziny temu, czyli o czwartej nad ranem dnia 9 czerwca, ktoś zamieścił ogłoszenie, że choinkę sztuczną 1,5 metra zapakowaną odda. Nie zapuszczam się w rozważania, czy gość do czwartej rano pił, czy też sprzątał strych, ale przyznam, ożywiłem się bez kawy. Niżej ogłoszenie dodane dziewięć godzin temu, że ktoś odda za darmo używaną nogę do stołu, ale noga jest lekko zadrapana, więc chyba na działkę, piszę ogłoszeniodawca.
I dalej, jako polonista-bohemista pisać trudno, bo przypomina się. Przypomina się Karel Polaczek i Było nas pięciu, książka o chłopcach, którzy rozrabiali w szczęśliwym miasteczku. W miasteczku był pan, nie pamiętam już, czy pan był aptekarzem, czy sklepikarzem, a książka w kartonach w piwnicy. Pan ten miał drewnianą nogę, było to tak niesamowite, że chłopcy marzyli o jednym: żeby na gwiazdkę, pod choinkę, w prezencie otrzymać drewnianą nogę, bo taką prawdziwą drewnianą nogę, każdy z chłopców chciał mieć, gdy już dorośnie. Karla Polaczka, jednego z większych ironistów jakiego miała Pierwsza Czechosłowacka Republika hitlerowcy zamęczyli, zagazowali w oboźnie koncentracyjnym.